I Rzeczpospolita nie była nigdy pierwszorzędną potęgą przemysłową, ale w czasach jej wielkości nie miało to aż tak wielkiego znaczenia.
Współczesne rozumienie tego, czym jest przemysł nieco przysłania nam właściwe odczytanie tego, jak funkcjonowała gospodarka w dawnych wiekach. Granice między wykonywanym na skromną skalę rzemiosłem a systematycznie zorganizowanym przemysłem były często umowne, co pokazuje choćby przykład praktykowanego powszechnie w domostwach tkactwa, które długo oparte było na pracy tysięcy domowych nakładców. Podobnie było z wieloma innymi obszarami wytwórczości, które przechodziły stopniową metamorfozę rozciągniętą niekiedy na bardzo bardzo wiele lat.
Białe złoto z Wieliczki
Najważniejszym wyjątkiem od tej reguły niemal od samego początku było górnictwo, które wymagało odpowiedniej organizacji pracy. W przypadku ziem polskich głównym przedmiotem wydobycia była przez wiele lat sól, której eksploatację prowadzono już co najmniej w epoce neolitu. Systematyczne pozyskiwanie „białego złota” rozpoczęło się jednak dopiero w połowie XIII w., co bardzo szybko stało się jednym z głównych atutów krakowskiej dzielnicy senioralnej.
W historii wielickich i bocheńskich żup zapisana jest znaczna część naszych dziejów. Już od czasów Bolesława Wstydliwego stanowiły one jedno z najważniejszych źródeł przychodów budżetowych polskich władców, a okresowo wręcz najważniejsze. W XV w. wraz ze wzrostem swojej potęgi szlachta zapewniła sobie prawo nabywanie soli bezpośrednio w żupach (takie były postanowienia tzw. petycji opockich z 1454 r.). A gdy w 1772 r. Austria wzięła udział w pierwszy zaborze za najbardziej atrakcyjny element odebranych Rzeczpospolitej ziem uchodziły właśnie kopalnie soli, uchodzące za największe obok siedmiogrodzkich w całej Europie.
Wydobycie „białego złota” wymagało od samego początku znacznego zaawansowania technicznego. Znaczny wkład w tym zakresie miał m.in. żupnik Mikołaj Botner, który pod koniec XIV w. wprowadził do użytku nieznane wcześniej urządzenia mechaniczne. Na prawdziwy przełom trzeba było jednak poczekać aż do XVI w. gdy w polskim górnictwie upowszechniły się techniki opracowane w innych obszarach eksploatacji.
Geniusz Jana Turzo
Drugim obok Wieliczki najważniejszym ośrodkiem polskiego przemysłu już od XIII w. był Olkusz, gdzie eksploatowano rudy srebra i ołowiu. Miały one szczególne znaczenie ze względu na działalność mennicy królewskiej, która nie musiała już polegać w całości na kopalniach położonych na terenie innych królestw. Ołów nie był aż tak istotny jak srebro, jednakże posiadał szerokie zastosowanie m.in. w pokryciu dachów oraz przy tworzeniu sprzętów i naczyń liturgicznych.

Sprawcą wielkiego przełomu dla polskiego przemysłu górniczego był mieszczanin z Lewoczy Jan Turzo, który osiedlił się w Krakowie. Odbywając podróże do najbardziej wówczas zaawansowanych technologicznie Włoch podpatrywał techniki stosowane w tamtejszych sztolniach. Swoje obserwacje wprowadził w życie w Olkuszu, a następnie w Czechach i na Węgrzech. W 1469 r. założył w podkrakowskiej Mogile hutę miedzi sprowadzanej z Węgier, która eksportowała swoje produkty przez Gdańsk w kierunku Europy Zachodniej.
Jan Turzo miał wielki wkład w rozwój przemysłu na ziemiach polskich nie tylko ze względu na swoje podziwiane w całej Europie umiejętności techniczne, ale także związki biznesowe z samym Jakubem Fuggerem. W 1494 roku zawiązał razem z nim spółkę „Der gemeine Ungerische Handel”, która zajmowała się górnictwem, hutnictwem oraz eksportem urobku z węgierskich kopalń, ale przy okazji przyczyniła się walnie do rozwoju przemysłu w Królestwie Polskim. Mogilska huta funkcjonowała aż do 1529 r., a Jan Turzo przejął na własność m.in. tatrzańskie kopalnie srebra. Za sprawą duetu Turzo-Fugger technika odwadniania kopalni upowszechniła się w całym polskim górnictwie, pozwalając na prowadzenie eksploatacji na dużo większych głębokościach niż do tej pory (także w Wieliczce). Wybitne zdolności metalurgiczne przybysza z Lewoczy przyczyniły się natomiast do podniesienia poziomu produkcji w całym kraju.
Kuźnice i pierwszy wielki piec
Największa spółka przemysłowa XVI-wiecznej Europy rozpadła się wraz ze śmiercią głównych udziałowców. W tym czasie w całej Rzeczpospolitej istniał już jednak prężnie działający, choć bardzo rozproszony przemysł hutniczy. Nie pozostawił on po sobie szczególnie imponujących śladów, ponieważ wiązał się eksploatacją rud darniowych przy użyciu spiętrzonej wody rzek. Ok. 1500 r. w Polsce istniało 289 kuźnic podczas gdy we Francji zaledwie kilkadziesiąt. Wobec przyspieszonego procesu tworzenia folwarków związanego z rosnącymi cenami zboża i przejmowaniem decydującego wpływu na życie w państwie przez stan szlachecki wiele kuźnic zostało niestety zlikwidowanych. Szlachta wolała na ogół sprowadzać wyroby hutnicze z zagranicy lub choćby z Gdańska, który z kolei kupował rudę żelazną (oksmund) ze Szwecji. Gdańskie kuźnictwo górowało dzięki temu nad resztą kraju już od XVI w.
Pomimo przygaśnięcia hutnictwa żelaza w XVI w. dokonano odkryć, które zapewniły ciągłość rodzimemu przemysłowi metalurgicznemu. W 1591 r. w należącej do biskupów krakowskich Miedzianej Górze koło Kielc odkryto złoża miedzi. Nie były one tak bardzo obfite jak te na Węgrzech, lecz pozwoliły na założenie prawdziwego zagłębia górniczo-hutniczego. W okolicach Chęcin i Kielc skromny przemysł hutniczy istniał już oczywiście znacznie wcześniej, lecz nowe złoża z Miedzianki pozwoliły na eksploatację na zdecydowanie większą skalę, nie tylko miedzi. Sprowadzeni przez Zygmunta III Wazę bracia Jan i Wawrzyniec Caccio uruchomili w pobliskiej Bobrzy pierwszy w dziejach Polski wielki piec hutniczy. Przybysze spod Bergamo w Lombardii uzyskali w 1610 r. specjalne prawo założenia huty żelaznej, która miała spore znaczenie militarne. To właśnie odlewane w Bobrzy armaty służyły później polskiej armii m.in. w czasie wypraw na Moskwę.
Zlokalizowane blisko Kielc zasoby miedzi i żelaza były dla Rzeczpospolitej bardzo ważne, ale mimo wszystko na tle wielu innych państw jej problemem był niedobór cennych złóż. Małopolska sól, srebro czy ołów nie równały się niestety z zasobami oderwanego od Polski jeszcze w czasie rozbicia dzielnicowego Śląska. Właściwie aż do czasu uruchomienia hut i kopalni w Zagłębiu Dąbrowskim w epoce Królestwa Polskiego na ziemiach polskich nie odkryto żadnych imponujących pokładów metali czy innych surowców. Prawdziwy los na loterii wygrała za to w XVII w. Szwecja, która pomimo swojego lesisto-nizinnego charakteru gościła na swoim terytorium jedne z najzasobniejszych pokładów rudy żelaza na kontynencie. Na terenie państw Rzeszy wręcz roiło się od kopalni srebra, miedzi, żelaza galmanu czy też cynku, a rozległa Rosja dzięki dostępowi do gór Uralu mogła eksploatować rudy metali szlachetnych oraz żelaza cynku i ołowiu.
Wielkopolskie sukcesy
Szans na rozwój przemysłu trzeba było szukać w innych obszarach. W czasie wojny trzydziestoletniej znaczna liczba tkaczy ze Śląska, a nawet Czech przeniosła się do miast południowej Wielkopolski. W Lesznie, Wschowie, Rawiczu czy Kościanie zaczął się w ten sposób rozwijać regularny przemysł, który pociągnął za sobą wzmożoną hodowlę owiec czy też uprawę lnu. Za sprawą rozwiniętego tkactwa oraz znacznej liczby rzemieślników Wielkopolska uchodziła praktycznie aż do okresu zaborów za najbardziej rozwinięty gospodarczo region całej Rzeczpospolitej (wskaźnik urbanizacji wynosił w niej 28% już pod koniec XVIII w.).
Sam fakt, że najbardziej uprzemysłowionym regionem kraju był ten, w którym dominowało tkactwo i hodowla owiec pokazuje jednak, że główne przyczyny zauważalnego już w XVIII w. wyraźnego zapóźnienia Rzeczpospolitej względem sąsiadów miały charakter polityczny. Przemysł w Polsce nie rozwijał się z tych samych przyczyn, dla których polsko-litewskie państwo tkwiło w politycznym paraliżu. Tak jak wszechmoc stanu magnacko-szlacheckiego paraliżowała świat polityki poprzez zrywanie sejmów, przyjmowanie pieniędzy od obcych dworów oraz niedopuszczenie pozostałych stanów do należnego im wpływu na państwo, tak samo środowiska szlacheckie umiejętnie sterowane przez wrogie mocarstwa uniemożliwiały rozwój gospodarki poprzez podporządkowanie jej zdecydowanej większości eksportowi zboża.
Przypadek Tyzenhauza
Teoretycznie Rzeczpospolita mogła osiągnąć w zakresie przemysłu całkiem sporo nawet przy braku wielu surowców. Tam gdzie była wola polityczna aby przemysł się rozwijał, tam nagle okazywało się, że sukces jest dostępny na wyciągnięcie ręki. Świetnym tego przykładem był przypadek Antoniego Tyzenhauza, któremu w 1765 r. powierzono zadanie zapewnienia Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu odpowiednich dochodów. Świeżo zainstalowany na polskim tronie były kochanek carycy nie mógł polegać na własnym patrimonium tak jak Wettynowie, dlatego w nadzwyczajny sposób zezwolono na to, aby Tyzenhauz stworzył dla niego działające na specjalnych zasadach państwo w państwie, w skład którego weszły wszystkie dobra królewskie na Litwie. W Grodnie utworzył manufaktury sukiennicze, w których pracowało nawet 3 tys. osób – wśród nich wielu chłopów przymusowo zapędzonych do pracy z królewszczyzn. Tyzenhaus bezceremonialnie wykorzystywał przyznane mu szczególne uprawnienia, odbierając bezprawnie całe majątki oraz naruszając autonomię miast.

Współpracownik króla założył także w regionie grodzieńskim wiele mniejszych fabryk, które produkowały igły, karety a nawet broń. Złe traktowanie pracowników już w 1769 r. doprowadziło do wybuchu regularnego buntu w dobrach królewskich. Ostatecznie litewski kompleks przemysłowy Tyzenhauza został zlikwidowany w 1780 r. za sprawą opozycji, której tak jak Rosjanom nie podobało się to, że całe przedsięwzięcie było tak bardzo dochodowe.
Metody stosowane przez Tyzenhauza z pewnością nie zasługiwały na naśladowanie, ale uwagę zwraca już sam fakt, że do powstania kompleksu przemysłowego w okolicach Grodna wystarczyła zaledwie wola polityczna. Tej samej woli brakowało niestety do tego, aby w Polsce przemysł rozwijał się w setkach polskich i litewskich miast. Rąk do pracy nigdy w Polsce nie brakowało, podobnie jak kwalifikacji i ducha przedsiębiorczości. Ośrodki miejskie były jednak permanentnie sparaliżowane brakiem reprezentacji politycznej, przywilejami Gdańska oraz Żydów, a w schyłkowym okresie Rzeczpospolitej także umyślnie stosowaną (głównie przez Hohenzollernów) polityką celną uderzająca w rodzimą wytwórczość. Polsko-litewskie państwo zwyczajnie nie mogło rozwijać swojego przemysłu, ponieważ taka była wola Rosji czy Prus.
Wielkim nieszczęściem dla polskiego państwa i społeczeństwa było niestety to, że ów rozmyślnie wdrażany plan obstrukcji wydarzył się w epoce, która tak silnie zaważyła na kolejnych stuleciach. Szczególnie niefortunny dla Polski XVIII w. był bowiem świadkiem upowszechnienia się nowego systemu finansowego opartego na kreacji pustego pieniądza przez sektor bankowy. Przyczyniło się to do stworzenia mylnego wrażenia, że niedomagania industrialne Rzeczpospolitej stanowiły tak naprawdę jej wadę wrodzoną, czyniącą ją niezdolną do stanięcia w szranki wyścigu o technologiczną supremację. Europejskie mocarstwa swojego późniejszego oszałamiającego sukcesu w postaci rewolucji przemysłowej najprawdopodobniej nie osiągnęłyby jednak bez uprzedniego pogrążenia Rzeczpospolitej i skonsumowania jej zasobów.
Najlepszym dowodem na to, że Rzeczpospolita miała ogromny potencjał przemysłowy, któremu nie dane było w pełni zostać wykorzystanym były czasy zaborów. Wystarczył niewielki zakres autonomii przy jednoczesnym braku ingerencji Prus, aby pod rządami ministra skarbu Druckiego-Lubeckiego Królestwo Polskie stało się najbardziej uprzemysłowionym rejonem w całym Cesarstwie. Nie ulega wątpliwości, że gdyby nie katastrofa wojen XVII w. i rozpadu obozu katolickiego, do którego przynależała Rzeczpospolita dorzecze Wisły mogłoby być jednym z najbardziej zindustrializowanych regionów Europy.
Podobał ci się nasz artykuł? Wesprzyj działalność Fundacji TUTAJ!
Zadanie publiczne “Nie jesteśmy tu od wczoraj. Edycja I. Bezkresy Rzeczpospolitej” jest finansowane ze środków Województwa Podlaskiego